Chciwość – w pułapce nienasycenia

Chciwość jest stara jak świat. Ale teraz, w kulturze konsumpcyjnej szczególnie łatwo ulec obsesji kupowania i gromadzenia rzeczy. W naszych czasach gorączkowa pogoń za dobrami nie jest zwykłą chorobą, ale groźną epidemią – twierdzi Krzysztof Korona, psycholog biznesu i psychoterapeuta. Jak się przed nią bronić? Jak nie poddać się władzy rzeczy? Jak przestać gonić za tym, czego nie mamy i docenić to, co jest w zasięgu ręki?

Renata Bożek: Kiedy Gordon Gekko, bohater nakręconego w 1987 roku przez Olivera Stone’a filmu „Wall Street” wygłosił swą pamiętną sentencję: „Chciwość jest dobra”, parafrazował autentyczną wypowiedź Ivana Boesky’ego, maklera giełdowego. Boesky, przemawiając do studentów Berkeley University, zapewniał: „chciwość jest w porządku” i „możecie z powodzeniem być chciwi i zupełnie zadowoleni z siebie”. Dzisiaj, w dobie załamania na rynkach finansowych, nikt przy zdrowych zmysłach tak by nie powiedział. Czy to oznacza, że stajemy się mniej chciwi?

Krzysztof Korona: Bynajmniej. Skłonność do gromadzenia dóbr materialnych nie pojawiła się wraz z spekulacjami na Wall Street, ale jest wpisana w naturę ludzką. Jeśli popatrzeć na człowieka z perspektywy biologicznej, to możemy mówić o instynkcie posiadania. To jeden z ważniejszych instynktów, mający duże znaczenie dla przetrwania jednostki. Ten, kto posiada jedzenie i okrycie przed chłodem łatwiej przetrwa niż osobnik, który tego nie ma. Psychologowie ewolucyjni twierdzą, że posiadanie większej puli zasobów materialnych oznacza wyższy status społeczny. A im wyższa pozycja społeczna, tym większa szansa na znalezienie partnera lub partnerki. Za tym idzie sukces reprodukcyjny i rozmnożenie swoich genów.

Jednak, jak  musiał przyznać John Medina, biolog molekularny, założyciel Ośrodka Badania Mózgu, Umysłu i Pamięci na University of Washington: „nikt nigdy nie znalazł ludzkiego genu chciwości”. Może pogoń za dobrami bierze się nie z natury, ale z wychowania?

Oczywiście, że doświadczenia z domu rodzinnego odgrywają tu ogromną rolę. Jeśli przychodzi do mnie pacjent, którego wychowywali dziadkowie, bo zapracowani rodzice nie mieli czasu na opiekowanie się synem, to jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że wyrósł z niego ktoś zafiksowanego na gromadzeniu dóbr. Zwłaszcza jeśli głównymi oznakami rodzicielskiej miłości były prezenty. Zamiast czasu i zainteresowania dostawał od ojca nowe pudełko klocków, a od matki, zamiast czułości, modne buty lub spodnie. Nic więc dziwnego, że dla niego posiadanie rzeczy łączyło się z tym, czego pragnął najbardziej: z miłością i uwagą rodziców. Rzeczy były dla niego dowodem, że jest dla rodziców ważny. Głód miłości nauczył się zaspokajać za pomocą rzeczy materialnych. Człowiek chciwy, nawet jeśli ma siwe włosy, zmarszczki i dorosłe wnuki, wciąż tak naprawdę pozostaje nie nakarmionym dzieckiem. Głodnym miłości i uznania.

Być może znalazł dobrą metodę na zaspokojenie apetytu na uczucie? Nowy zegarek Patek Phillipe lub kolejna bransoletka Tiffany’ego nie powie: „nie mam dla ciebie czasu” ani nie zostawi na urlopie ze słowami: „muszę wracać do pracy”.

Gromadzenie rzeczy, zer na koncie czy apartamentów nie nasyci apetytu chciwca. Bo on tak naprawdę chce czegoś innego niż nagromadzonych dóbr. Staje się chciwy, bo to, co ma nie jest tym, czego tak naprawdę pragnie. Kupuje kolejny samochód, ale za chwilę znów czuje, że czegoś mu brak, że „zjadł” za mało. „Konsumuje” nowe meble, domy, markowe buty i drogie kosmetyki, ale wciąż czuje niedosyt. Wiecznie mu mało, bo nie dostaje tego, na czym mu zależy. Problem w tym, że najczęściej nie zdaje sobie sprawy z tego, czego naprawdę potrzebuje.

Gromadzenie rzeczy może też być sposobem na unikanie podejmowania decyzji. Jeśli mogę kupić sobie dwa flakony drogich perfum i trzy markowe koszule, nie muszę myśleć, czego tak naprawdę chcę. Od siebie, życia i od innych ludzi. „Mogę mieć wszystko, więc nie będę z niczego rezygnował” – często słyszę takie butne deklaracje. Chciwiec chce „wszystkiego”, by nie mieć tego, co naprawdę dla niego ważne. Ale kiedy ma sobie uświadomić swoje potrzeby, jeśli od świtu do nocy goni za pieniędzmi?

Mam wrażenie, że ludzie gonią nie tyle za pieniędzmi, ile za tym, co można za nie kupić. Przecież rzeczami, którymi się otaczamy, komunikujemy światu: jestem człowiekiem sukcesu, kimś, kto zasługuje na podziw i szacunek.

Czy ktoś, kto uważa, że naprawdę zasługuje na podziw i szacunek, musi otaczać się symbolami luksusu? Nie sądzę. Słyszałem o ciekawych badaniach psychologicznych. Otóż studenci, którzy nie byli pewni swoich kompetencji zawodowych, częściej niż ci pewni siebie otaczali się atrybutami profesji, do której się przygotowywali. Tak jakby posiadając markowe pióro lub skórzaną teczkę przekonywali otoczenie i siebie samych, że sprawdzą się w roli prawnika lub biznesmena. Człowiek chciwy na dobra materialne jest tak naprawdę chciwy na to, by być kimś. Kimś nie tylko cenionym przez innych, ale przede wszystkim „kimś” w swoich własnych oczach.

Ostatnio na youtubie oglądałem tragikomiczny film. Młody mężczyzna, który kilka lat temu wyjechał do Stanów Zjednoczonych i tam się dorobił, chodził z telefonem po swoim mieszkaniu i pokazywał, co posiada. Pokazywał szafę z ubraniami i mówił: „Zobacz, k…, ile mam, k…, markowych ubrań. A ty, k.., tego nie masz”. I tak w kółko. Pokazywał nawet tubki pasty do zębów i szczoteczki, które ma w zapasie. Ten chłopak naprawdę uważał, że jego rzeczy są dowodem na to, że osiągnął sukces. Że jest kimś lepszym od tych, którzy mają mniej.

Jeśli dzięki nagromadzonym rzeczom naprawdę czuje się kimś, to może tylko trzeba mu zazdrościć dobrego samopoczucia?

Człowiek chciwy nie wie, co to dobre samopoczucie. Jego życie koncentruje się wokół ciągłego braku i ciągłego niepokoju: co będzie, jeśli stracę mój majątek? Miałem pacjenta, który przyszedł do mnie z objawami depresji. Co spowodowało silne obniżenie nastroju i myśli samobójcze? Sen z oczu spędzała mu obawa, że w przyszłym miesiącu zarobi kilkanaście tysięcy mniej. Dlaczego to tak ważne dla kogoś, kto ma domy rozsiane po całej Europie, dwa jachty i kilka luksusowych samochodów w garażu? Bo on jest przekonany, że ludzie szanują go i doceniają wtedy, gdy ma pieniądze. Słowo „ludzie” oznacza dla tego pana żonę, dzieci, rodzeństwo, matkę, ojca. Strata nawet drobnej, z jego perspektywy, sumy oznacza stratę szacunku, uznania, bliskości. Niestety, często ma rację, bo jego relacje z rodziną i przyjaciółmi polegają na tym, że on ich „kupuje”. Gdy nie będzie go stać na prezenty, zostanie sam. Nic więc dziwnego, że nie cieszą go zgromadzone dobra. Jego przepełnia lęk przed tym, że może je stracić. Broni się przed tym lękiem gromadząc więcej i więcej. Ale w ten sposób wpada w błędne koło: im ma więcej, tym więcej może stracić, więc tym bardziej ta strata go przeraża. W związku z tym nie jest w stanie pozwolić sobie na przyjemności związane z posiadaniem jachtu czy domu na południu Hiszpanii. Zadręcza się i wpada w depresję.

Och, niejeden z nas chciałby mieć takie powody do zadręczania się!

Nie byłbym tego taki pewny. No bo kto chciałby dojść do wniosku, że bez swojego portfela jest nikim? A tak w głębi duszy myśli o sobie chciwiec: bez moich rzeczy jestem zerem. Najgorsze: ma rację. Oznaki statusu są chciwcowi potrzebne po to, by zasłonić nimi brak poczucia własnej wartości. Ostatnio rozmawiałem z właścicielką ogromnej firmy. Skończyła 50 lat, nie ma ani dzieci, ani stałego partnera. Ma za to kilka rezydencji i apartamentów rozrzuconych po całym świecie. W każdym domu jest ogrodnik, służba, kucharz. Rzadko w nich bywa i nigdy na dłużej. Jej życie polega na tym, że przemieszcza się od jednego luksusowego hotelu do innego. Czym taki styl życia różni się od życia bezdomnego włóczęgi, którego spotkać można na dworcu? Tylko tym, że ona pachnie drogimi kosmetykami, swoje rzeczy przewozi w markowych walizkach i podróżuje samolotami klasą biznes. Tak naprawdę ta kobieta nic w życiu nie ma oprócz majątku i bezsenności.

 Mogłaby być bohaterką filmu pt: „Pełny portfel, puste życie”. Ale pogoń za dobrami materialnymi to nie tylko zajęcie milionerów. Widziałam analizy, które pokazują, że domy amerykańskiej klasy średniej są coraz większe i coraz bardziej wypełnione rzeczami. W dodatkowych garażach nie trzyma się jednak samochodów, ale nieużywany sprzęt kuchenny, meble, ubrania. 

Żyjemy w kulturze konsumpcyjnej, która nieustannie zachęca: „możesz to mieć” i jednocześnie nakazuje: „musisz to mieć”. Bo jeśli nie będziesz miał nowego modelu i-phona, butów czy samochodu, będzie oznaczało, że nie osiągnąłeś sukcesu, jesteś nikim. Nic więc dziwnego, że pazerność na rzeczy to teraz grzech nasz powszedni. W Stanach Zjednoczonych kilka lat temu opisano pewien stan chorobowy, który nazwano affluenzą czyli grypą dobrobytu (od ang. affluent – bogaty i influenza – grypa). Affluenza polega na tym, że ludzie niemal duszą się od kupowanych dóbr, ale nie mogą przestać kupować. Człowiek  zainfekowany grypą dobrobytu określa siebie i swoje życie przez pryzmat zarobków, gadżetów, mieszkań, markowych ubrań. W pogoni za większym telewizorem lub nowszym modelem samochodu nie ma czasu, by zadać sobie proste pytania: „Kim jestem bez moich rzeczy?” i „Kiedy będę korzystać z owoców mojej pracy?”.

No właśnie: pracy! Pułapka, w którą wpada człowiek chciwy dóbr polega na tym, że aby je kupować, musi pracować więcej i więcej.

A gdy więcej pracuje, ma mniej czasu dla rodziny i przyjaciół. Wiele badań psychologicznych potwierdza potoczną obserwację, że im ktoś bardziej koncentruje się na pomnażaniu pieniędzy i dóbr, tym mniej skupia się na utrzymywaniu związków z ludźmi. Chodzi zarówno o relacje z bliskimi: partnerem, partnerką, dziećmi czy przyjaciółmi, jak i relacji z krewnymi czy sąsiadami. Dopóki wszystko gra, dopóty człowiek zainfekowany affluenzą żyje względnie dobrze. Do czasu jednak. Bo wystarczy zwolnienie z pracy, by jego świat legł w gruzach.

Niedawno dużo mówiło się o serii samobójstw pracowników francuskiej firmy telekomunikacyjnej Telecom. Co się z tymi ludźmi stało, że nie byli w stanie pogodzić się z utratą pracy lub zmniejszeniem pensji? Dlaczego degradacja na niższe stanowisko doprowadziła ich do załamania nerwowego? Dlaczego woleli śmierć niż życie na niższym poziomie niż wcześniej? Odpowiedzi szukałbym właśnie w chciwości. Bo ktoś, kto wiąże swoje życie z tym, co posiada, gdy to traci, czuje, że nie ma już nic. Że nie jest wart tego, by żyć. Dlatego tak niebezpieczne jest oddanie się pogoni za dobrami i bezkrytyczna wiara, że moje dobra określają to, kim jestem.

Nie trzeba być chciwcem, by załamać się utratą pracy lub oszczędności.

Człowiek, który ma zdrowe poczucie własnej wartości, gdy straci „portfel”, wciąż będzie myślał o sobie: jestem kimś. Kimś, kto ma swoje pasje, mocne strony, słabości. I najważniejsze: kimś, kto ma dla kogo żyć. Bo tracąc pieniądze, nie stracił tego, co najważniejsze w życiu czyli bliskich. To możliwe jest tylko wtedy, gdy wcześniej inwestował nie w nowe meble czy akcje na giełdzie, tylko w tworzenie więzi z rodziną i przyjaciółmi. Będzie wiedział, że wciąż jest mężem, ojcem, bratem, kumplem. Pójdzie do pracy na budowę lub do knajpy, żeby się utrzymać i przeczekać najgorszy czas. Gdy zabraknie mu na spłatę kredytu, pożyczy od rodziny lub przyjaciół.

Człowiek skoncentrowany na pogoni za dobrami takich przyjaciół nie ma. Z badań Katharine Vohs, psycholożki z University of Minnesota wynika, że uczestnicy badania, którzy wyobrażali sobie, że są bogaci, byli mniej chętni do pomocy kolegom i mniej skłonni do współpracy niż ci, którzy w wyobraźni nie byli tak zamożni. Czy człowiek chciwy ma szansę popatrzeć na siebie i powiedzieć: potrzebuję przyjaciół i miłości, a nie większego mieszkania lub więcej banknotów w portfelu?   

Sam tego nie dostrzeże. Czasami moment otrzeźwienia przychodzi wtedy, gdy traci zdrowie. Budzi się w szpitalu, nie może się ruszać, serce ledwie mu działa. Dopiero wtedy dochodzi do niego, że obrazy znanych artystów czy luksusowe samochody w garażu nie podadzą mu wody i nie przejmą się jego samopoczuciem. Albo jasno widzi, że ci, którzy zbiegli się do niego, liczą raczej na spadek niż to, że wyzdrowieje. Wtedy ma szansę zrozumieć, że  tym, czego tak naprawdę potrzebuje, jest obecność kogoś kochającego i dbającego. Gromadzenie rzeczy daje tylko iluzję, że mamy wszystko, co nam potrzeba. A tak naprawdę potrzeba nam miłości i poczucia, że nasze życie ma sens. Daleki jestem od nawoływania do ascezy. Ale w interesie jednostki, która osiągnęła materialny komfort, jest zwolnienie w pogoni za nowszymi i modniejszymi dobrami. Bo jedynym dobrem, które nasyci nasz apetyt na satysfakcjonujące i udane życie, jest bliskość z drugim człowiekiem. Smutne jest to, że teraz, w dobie rozwodów i seryjnej monogamii, miłość i bliska więź z partnerem to dobro coraz rzadsze i coraz bardziej luksusowe. A tego naprawdę warto pragnąć i w to inwestować.

Wywiad przeprowadzony przez Renatę Bożek, ukazał się w The Times.

 


Jedna myśl w temacie “Chciwość – w pułapce nienasycenia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s