Uwodziciel w biurze

Renata Bożek: Dwudziestoparoletnia ładna szatynka po studiach zaczyna pracę asystentki. Jej szef jest o dwadzieścia lat starszy, rozwiedziony, drogie garnitury i początki łysiny. Co dalej, wydaje się nam oczywiste.

Krzysztof Korona: No tak, wydaje się, że dziewczyna okręci go sobie wokół palca. Tymczasem ona często tylko się łudzi, że tak jest. Nierzadko szef tylko udaje zauroczenie. Komplementami i spojrzeniami sugeruje erotyczne, a nawet miłosne zainteresowanie. Po to, żeby ugrać coś dla siebie. Miałem 29-letnią pacjentkę, która przyszła do mnie z depresją i myślami samobójczymi.

Okazało się, że przez pięć lat była przekonana, że szef chce się z nią ożenić. Skąd taki pomysł? „Bo był delikatny, miły i nie chodziło mu o seks”. Nie pozwalał sobie na prymitywne zaczepki typu: „A może wieczorem pójdziemy na kolację do mnie?”. Prawił jej wyszukane komplementy: „Masz niezwykły odcień włosów”. Często wzdychał: „Jestem taki zmęczony, ale przy życiu trzyma mnie to, że pracuję z tobą”. Ona miękła przy nim jak wosk, bo dostrzegał w niej wdzięk, o którym nawet sama nie miała pojęcia. Była zachwycona, że zobaczył w niej coś więcej niż ładną, młodą dziewczynę. Kogoś niezwykłego, kompetentnego.

Tak doceniona, bez sprzeciwu jechała do biura o 23, bo on zadzwonił, że pilnie potrzebuje materiałów na rano. Siedziała do 4, a o 7 już była u niego, żeby i pomóc mu dopracować prezentację. Rezygnowała z urlopu, a nawet z lepszej pracy. Nagrodą był jego uśmiech. Gdy próbowała rozmawiać o premii, narzekał, że firma ma kłopoty finansowe.

Mówił, że najlepszym momentem na rozmowę o podwyżce będzie koniec roku, a gdy rok się kończył, koniec projektu. Patrzył jej w oczy i dodawał: „Ale ja cały czas o tym myślę”.W którymś momencie uznał jednak, że czas zmienić posadę, spakował się, a wychodząc, mojej pacjentce rzucił tylko zdawkowe „powodzenia”. Już nie była mu potrzebna.

Nie dość, że poczuła się porzucona, to jeszcze straciła pięć lat na marnie płatnej posadzie. Czy mogła tego uniknąć?

Każdy może stać się ofiarą takiego oczarowania, bo każdy pragnie, by ktoś dostrzegł jego wyjątkowość, docenił. Dlatego chętnie dostrzegamy to, co nam pasuje, np. komplementy, ciepłe spojrzenia, miłe SMS-y. Nie zwracamy uwagi na to, co zaprzecza bezinteresownej sympatii, np. odsuwanie rozmowy o podwyżce, dodatkowe obowiązki. Właściwie to sami się czarujemy, bo nie chcemy zobaczyć, co się naprawdę dzieje. Gdyby moja pacjentka, zamiast rozpamiętywać każdą oznakę zainteresowania szefa, prowadziła dziennik, w którym zapisywałaby fakty -1. komplement na temat mojej fryzury, 2. odmowa rozmowy o podwyżce, 3. praca w weekend – może szybciej zorientowałaby się, że ją wykorzystuje. Mogła też zrobić eksperyment: wyobrazić sobie, że to nie ona, tylko koleżanka, jest asystentką prezesa. I zadać sobie pytania: jak oceniam tę sytuację? Jak interpretować jego zachowania?

Ale jeśli cały zespół jest pod urokiem szarmanckiego, a jak trzeba zdecydowanego prezesa? Wtedy trudniej powiedzieć: „Ten facet pogrywa z każdym tak, jak chce!”.

Zwłaszcza w korporacjach pracownika uwodzi się na każdym kroku. Wyjazdy integracyjne, szkolenia oficjalnie są po to, żeby lepiej układała się współpraca. Ale ich celem jest związanie emocjonalne zespołu. Bo gdy powstaną między nimi więzi przyjacielskie i pseu-dorodzinne, szef ma większy wpływ na każdego z nich. Kiedy Jarek zaczyna się buntować: „Pracujemy po godzinach, należy nam się premia”, bierze go na rozmowę i mówi: „Człowieku, nie dostaniesz dodatkowej kasy, bo nie ma pieniędzy, żeby zapłacić wszystkim. A jak ja bym wyglądał, gdybym dał tobie, a reszcie nie?”. Jarek wraca wkurzony do pokoju i słyszy: „Chłopie, tu i tak wcale nie jest najgorzej. Jesteśmy zgrani i wiadomo, czego się po kim spodziewać, a w nowej pracy może być różnie”. Słyszy też: „Stary, nie rób nam tego! Przecież bez ciebie to my sobie nie poradzimy”. Jarek jest z jednej strony straszony: „W innych miejscach jest gorzej”, z drugiej głaskany po ego: „My cię cenimy, lubimy, jesteś świetny”. W ten sposób cały zespół wchodzi, zwykle nieświadomie, w grę w uwodzenie siebie nawzajem. Nie jest to uwodzenie erotyczne, ale siła przywiązania – w tym wypadku ludzi do zespołu – jest równie mocna jak wtedy, gdy się w kimś zakochamy.

Jeśli jeszcze pracujemy z osobami, na których można zawiesić oko…

W pracy wciąż żyjemy w napięciu. Boimy się, że nie zdążymy z terminami itd. Kiedy pojawia się atrakcyjna koleżanka lub kolega, to nieświadomie odreagowujemy nasze lęki, żartując z seksu, a nawet flirtując. Kobieta, która boi się zwolnienia, bo nawaliła z pracą, może podświadomie być bardziej uwodzicielska wobec szefa i współpracowników. Wchodzi w rolę delikatnej kobietki, którą trzeba się zaopiekować, lub seksownego wampa, który półsłówkami obiecuje wspólny wieczór. Szef lub koledzy swoje pobudzenie – tak naprawdę wywołane lękiem przed terminami, zarządem itp. – tłumaczą obecnością pani Basi lub Kasi. Ba, są jej wdzięczni, że przy niej czują się bardziej męscy, pełni wigoru, że zapominają o niemęskim strachu przed rozmową z przełożonym. Pani Basia może wiele na tym ugrać, bo szef macha ręką na jej spóźnienie i pozwala wyjść wcześniej z pracy. Potem jest zły na siebie, że jak licealista złapał się na trzepotanie rzęsami, głęboki dekolt i westchnienie: „Ach, gdyby wszyscy mężczyźni byli tacy jak pan”. Jak tego uniknąć? Nazywać swoje emocje i stany. Zdenerwowanie przed rozmową z szefem nazwać zdenerwowaniem przed rozmową z szefem, nie unikać myślenia o tym i nie zwodzić się myślami o zalotnym spojrzeniu koleżanki. Warto też zadać sobie pytanie: czy ta kobieta podobałaby mi się tak samo, gdybym ją spotkał na imprezie rodzinnej lub spacerze? Czasami wystarczy wyobrazić sobie taką biurową uwodzi-cielkę w innej scenerii, żeby jej urok natychmiast zbladł.

Znam kobiety, które z równym powodzeniem oczarowują koleżanki.

Oczywiście. Mistrzyni pochlebstw mało atrakcyjnej koleżance mówi: „Masz świetną fryzurę”, a tej, która boi się, że nie radzi sobie w pracy: „Świetnie wypadłaś na spotkaniu z zarządem”. Tym trafia do ich serca. A potem one nie potrafią jej odmówić i poprawiają po niej pracę. Uwodzicielka potrafi omotać kobiety rozmowami o facetach. Singielce powie: „Jest tyle wspaniałych kobiet, a fajnych mężczyzn jak na lekarstwo”. I jeśli doda: „Nie trzeba daleko szukać, wystarczy popatrzeć na ciebie”, sympatię ma zapewnioną. Kobieta bez pary chce potwierdzenia, że brak mężczyzny to nie jej wina. Nową koleżankę z kolei zaprosi na lunch, opowie o współpracownikach, da jej poczucie, że można jej ufać. Zaprosi: „Wpadnij do mnie. Ugotuję coś smacznego”.

Ale przecież to normalne zachowania! W pracy też musimy pogadać, zjeść z kimś lunch. Co w tym złego?

Nic, jeśli nie jest to celowa manipulacja. A w przypadku biurowych uwodzicieli celem nie jest przyjaźń, ale własna korzyść. Bo na kolacji z koleżanką, która właśnie przeprowadziła się do nowego miasta i czuje się samotna, nasza sprytna pani dowie się, że ta nie zna dobrze angielskiego, jej rodzice nie żyją itd. Potem na zebraniu rzuci uwagę, która wytrąci „przyjaciółkę” z równowagi, więc wypadnie gorzej od niej, a pochwały szefa zgarnie uwodzicielka. Na pretensje: „Jak mogłaś wykorzystać moją szczerość”, zrobi wielkie oczy, obrazi się, a potem wspaniałomyślnie da przeprosić. Oczarowanie polega tutaj na tym, że wciąż mamimy się nadzieją na to, że „ona się opamięta”, bo przecież mówi: „Mnie naprawdę na tobie zależy”. Jaki robimy błąd? Łapiemy się słów, a nie widzimy tego, co dzieje się naprawdę.

A jeśli koleżanka zawala pracę, bo naprawdę ma małe dzieci i chorą mamę?

Oczywiście powinniśmy sobie pomagać. Ale jeśli to wciąż my jesteśmy stroną pomagającą, warto zastanowić się, czy o to nam chodzi. Bo jeśli ważniejszy jest dla nas komplement: „Jesteś wspaniała”, niż czas dla rodziny, z przyjaciółmi, to proszę bardzo, współczujmy i pomagajmy. Sami siebie czarujmy: „Jestem szlachetna, pomagam potrzebującym i wszyscy mnie lubią”. Nie zrażajmy się tym, że koleżanka obiecuje: „W następnym tygodniu ja wezmę dyżur za ciebie”, a kiedy przychodzi następny tydzień, okazuje się, że znów coś jej wypadło. Pomagajmy dalej. Jeśli jednak nam to nie odpowiada, postawmy sprawę jasno: „Ja też mam życie osobiste i swoje sprawy. Nie mogę wziąć zastępstwa. Jeśli się nie wyrabiasz, być może powinnaś zmienić pracę”.

To bezwzględne – pomyśli wiele osób.

A czy nie jesteśmy bezwzględni, gdy zamiast wyjść na spacer z dzieckiem lub z żoną na zakupy, pracujemy za kogoś, kto kręci, kłamie i się nami wysługuje? Czy warto poświęcać rodzinę i swoje prawdziwe potrzeby po to, żeby utrzymać dobre mniemanie o sobie? Pomóc nam obronić się przed taką manipula-torką może jasne określenie tego, co jest dla nas w życiu najważniejsze. A najważniejsza powinna być rodzina.

Niektórym przychodzi łatwo przejrzenie zamiarów biurowych czarusiów, ale większość łapie się na ich triki.

Dlatego trzeba rozmawiać o tym, co dzieje się w pracy. Ktoś z zewnątrz: matka, przyjaciel, łatwiej zobaczy, że dajemy się wkręcać. Jeśli kobieta, która myśli, że szef jest w niej zakochany, opowie o tym swojej siostrze lub ojcu, to ma szansę usłyszeć: „Puknij się w głowę! On chce, żebyś harowała za grosze”. Nawet jak w pierwszej chwili dziewczyna się obrazi, to będzie o tym myśleć. A wtedy ma szansę wyplątać się z tego układu.

Znam osoby tak dumne z tego, że pracują dla światowych marek, że na najmniejszą krytykę ich firmy reagują tak, jakby ktoś wyzywał ich matkę.

Wielu daje się uwieść czarowi marki. I niekoniecznie są to ci, którzy mają niską samoocenę. Często są to ci, którzy na początku byli ironicznie nastawieni do firmy. Ale czasami taki dystans daje złudne poczucie „bycia obok i zmniejsza czujność, a na szkolenia chodzić trzeba. I taki twardziel ani się obejrzy, a jest zapatrzony w pracę jak tłum wiejskich bab w drzewo, na którym widzi Matkę Boską. Tu działa mechanizm psychozy indukcyjnej. Wyobraźmy sobie, że idzie kobiecina przez las, patrzy na drzewo i widzi Matkę Boską. Idzie druga i pyta: „Gdzie wy ją widzicie?”, przygląda się i też widzi. Kolejna, która wcześniej żartowała z sąsiadek, widząc je rozmodlone pod drzewem, sama dostrzega to co one. Ten sam mechanizm działa w firmie. Wystarczy, że najsilniejszy członek grupy będzie indukował zespół mirażami: „Gdzie nam będzie lepiej”, i inni też zobaczą to, czego nie ma.

Ale są techniki manipulacji, które nie są tak łatwe do przejrzenia jak komplementy czy obietnice bez pokrycia.

Jedną z nich jest dopasowanie rytmu wdechów i wydechów do tego, w jakim oddycha nasz rozmówca. To nieświadomie odbieramy jako bliskość, jaką osiągają kochankowie w seksie. A to powoduje, że obca osoba ma na nas większy wpływ. Takich trików jest wiele, ale by się przed nimi ustrzec, trzeba przede wszystkim znać swoje słabe strony. Żeby nie dać się uwieść obietnicom i półsłówkom podczas negocjacji, warto zastanowić się, czego się boimy i na czym nam zależy. Chcemy, by kobiety widziały w nas mężczyzn wartych grzechu? Uważajmy na kokieteryjne gesty nego-cjatorek. Czasem potrzebne jest spotkanie z psychoterapeutą, by odkryć swoją piętę Achillesa i znaleźć siłę, która pozwoli nam nie ulegać mirażom.

Wywiad przeprowadzony przez Renatę Bożek, opublikowany w The Times.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s